O autorze
Witajcie. Mam na imię Małgorzata. Czym się zajmuję? Od lat spełniam się zawodowo, a w wolnym czasie: rapuję (niektórzy twierdzą, że nawet nieźle), piszę seriale, felietony i piosenki innym artystom. Maluję obrazy i projektuję aplikacje mobilne, prowadzę firmę odzieżową. TAK! Moja doba ma tylko 24 godziny i pewnie myślicie, że moje życie prywatne nie istnieje. Nic bardziej mylnego. Miłość i rodzina jest w moim życiu na pierwszym miejscu. Witajcie w moim świecie...

Idol na wyciągnięcie ręki? Z wizjonera do zabawiacza? Czyli w internecie o internecie.

Jeszcze dwadzieścia lat temu największe gwiazdy estrady, filmu, telewizji czy świata książki nie miały szansy wejść w interakcję ze swoimi fanami praktycznie w żaden sposób oprócz występów na żywo, autorskich konferencji lub przypadkowego spotkania na ulicy (to ostatnie w odniesieniu do takich gwiazd jak Michael Jackson [*] czy Barbara Streisand było pewnie niemożliwe). Nie ma mowy o interakcji gdy oddają fanom swoją płytę, film czy książkę. Wtedy mamy do czynienia z przemyślanym produktem, z kreacją lub wytworem ich samopoczucia, który w chwili trafienia do odbiorcy często bywa już nieaktualny.

Ostatnie kilkanaście lat to rozwój serwisów internetowych, które pozwalają komunikować się ludziom niezależnie od miejsca na kuli ziemskiej, w którym przebywają. Niezależnie od poglądów politycznych, koloru skóry, upodobań muzycznych. Każdy może tam wejść, zalogować się i prezentować światu swoją sylwetkę (albo chociaż goły zadek). Skoro może każdy to mogą i gwiazdy. Celebryci większego i mniejszego kalibru, aktorzy, piosenkarze, politycy, pisarze, dziennikarze, kucharze i typowy Seba. Każdy może pokazać gdzie właśnie je śniadanie i ile par butów ma w domu. Jedni nie czują potrzeby dzielenia się intymnością, inni wrzucają zdjęcia swoich dzieci i opowieści o tym jakiego koloru jest ich pierwsza kupka. Niech wszyscy wiedzą, że mój były mąż to złodziej, a z siostrą nie utrzymuję kontaktu od lat.

Wielu pewnie zgodzi się, że bycie artystą, osobą publiczną, samo w sobie zawiera założenie wystawienia się na tzw. świecznik. Spora część artystów wszelkiej maści posiada zapewne ekstrawertyczną naturę, która wręcz zmusza ich do dzielenia się ze światem wszystkim co czują - nieważne czy na płytach, czy na tablicy fanpage'a. Rzecz jasna, wszystko ma swoje plusy i minusy. Nie da się zamknąć osobowości w sześćdziesięciu minutach nagrań na płycie. Możemy zatem pokazać publice swoją wszechstronność. Oprócz tego, że jestem uzdolnionym piosenkarzem, hobbystycznie grywam też w golfa (zdjęcie) i zaczytuję się w twórczości Leśmiana (cytat pod zdjęciem). Tylko po co komu taka wiedza?

No właśnie. Z drugiej strony barykady mamy odbiorców. Ludzi w różnym wieku, o różnej naturze. Łączy ich osoba "idola". Utożsamiają się z jego twórczością, podziwiają jego kunszt, zdolności. Chcieliby wiedzieć o nim jak najwięcej. Kobiety chcą wiedzieć, co na śniadanie jada ich ulubiona aktorka. Przecież wygląda tak znakomicie. Mężczyźni chcieliby wiedzieć, gdzie spędza wakacje ich ulubiony sportowiec. Odniósł sukces, pewnie ma kasę - zobaczmy, co imponującego robi. Przykłady można mnożyć. Mamy zatem do czynienia z sytuacją, w której obie strony pragną kontaktu. Jedna strona chce się dzielić swoimi refleksjami o Bogu lub nowym lakierze do paznokci, a druga strona, chce oceniać lub podziwiać.


Nikomu nie wystarcza już sztuka. I choćbyś się zapierał nogami i rękami, sam przyznasz drogi czytelniku, że znasz choć jeden szczegół z prywatnego życia swojego idola, mimo tego, że książki pisze fantastyczno-naukowe a piosenki śpiewa o górach i lasach. Mówiąc wprost - nigdy nie wywnioskowałbyś z jego twórczości, że ma dwójkę dzieci albo jest rozwodnikiem, a jednak posiadasz taką informację.

Wróćmy jednak do interakcji. "Czy sądzicie, że powinnam zaprosić na płytę Pana X? Jak wyglądam w mojej nowej sukience? Co sądzicie o neo-folku? Czekacie na mój nowy album? Jaka jest wasza ulubiona okładka?". Wystarczył kwadrans, abym na fanpage'ach popularnych artystów znalazła kilka pytań do tzw. publiczności. Teraz artysta wie, co się podoba, czego oczekują fani, jakie mają nastroje. Teraz to nie on steruje ich emocjami. Teraz to oni pokazują mu czego oczekują i co im się podoba.

Kiedyś po koncercie artysta mógł zostać wygwizdany. Ewentualnie nie oklaskany tak gorąco, żeby wyjść na bis. Teraz dodatkowo odświeży swój fanpage i znajdzie na nim litanie odnośnie tego, jak fałszował albo tego, że za mało się spocił, więc zapewne nie dał z siebie wszystkiego. Czy to do niego trafia? Oczywiście! Nie tylko polscy celebryci słyną z wdawania się w internetowe dyskusje. Rihanna wyzywająca swoje nagabywaczki czy Chris Brown komentujący urodę swoich fanek - to jedynie przykłady, które świadczą o tym, że artysta, jak każdy człowiek, daje się prowokować. I tak dochodzimy do sedna. Smutna refleksja. Z wizjonera do zabawiacza. Zabawiacza znudzonych nastolatków, wścibskich gospodyń domowych i napalonych młodzieniaszków. Publika steruje artystą, nie odwrotnie.

Sama prowadzę wiele profili w sieci. Część z nich prowadzę samodzielnie (instagram, twitter), niektóre oprócz mnie administrowane są także przez moją wytwórnie, menadżera (facebook, myspace) i dodajemy tam posty na przemian, z zastrzeżeniem, że w pierwszej osobie piszę tylko ja. Pokazuję ludziom, co aktualnie robię, z kim pracuję, jak się bawię, co jem i czego słucham. Zastanawiałam się, co jest moim prawdziwym motywem. Czy chcę zaspokoić ich ciekawość? W końcu śledzą mnie na tych portalach, potrzebują tego. Czy chcę zaspokoić swoją próżność? W końcu piszą mi, że nieźle wyglądam. Czy mam potrzebę pokazania im, że jestem zwyczajna? Oprócz tego, że mogą obejrzeć mój klip, jestem taka sama jak oni i też jadam kalafiora albo boli mnie głowa. Może chcę się do nich zbliżyć? Chce być na wyciągnięcie ręki? Uwiarygodnić artystyczne poczynania?

Nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć na te pytania. Myślę, że typowy Seba też nie potrafi. Po prostu pisze, wrzuca, wkleja, a oni czytają, ściągają, lajkują.

Ps. Zrobiłam dziś fantastyczny chłodnik!
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...