Grupa naTemat

"WdoWA gdzie wydasz płytę?"

W środowisku hip-hopowym transfery raperów budzą często niemałe emocje i kontrowersje. Rozstania z wydawcami opisywane są w piosenkach, strony obrzucają się błotem w publicznych oświadczeniach, a nawet jeśli rozłam, na pierwszy rzut oka, następuje w pokojowej atmosferze, to słuchacze sami budują teorie spiskowe i wymyślają tryliardy powodów, dla których raper odszedł z danej wytwórni. Pożegnania obrastają w legendy o wydawcy złodzieju i wykorzystanym artyście. Najczęściej chodzi przecież o pieniądze i promocję, a nie sprzeczkę o sposób rapowania. Chyba nie bez przyczyny wydawnictwa nazywane są „stajniami”, a pod nieszablonową zwrotką słuchacze zawsze napiszą: „ale koń”. Wyścig trwa, a hip-hopowa publika jest w niego zaangażowana czasem bardziej niż koń, jeździec i stajnia razem wzięci.

Tytułem wstępu.

Nie znam środowiska fanów innych gatunków muzycznych niż rap. Nie słyszałam też jednak, żeby transfer wokalistki popowej z Sony Music Polska do Magic Records robił na kimś wrażenie. Fani wokalistki mają zazwyczaj w głębokim poważaniu szyld wytwórni, która wykłada pieniądze na produkcję jej płyty. Prawdopodobnie wzruszyć mogłaby ich jedynie skrajność, w postaci transferu do wytwórni hip-hopowej bądź disco-polowej. Dopóki dopóty poruszamy się w kręgu tego samego gatunku – krzyż jej na drogę, niech nagrywa dobre piosenki!

W środowisku hip-hopowym transfery raperów budzą często niemałe emocje i kontrowersje. Rozstania z wydawcami opisywane są w piosenkach, strony obrzucają się błotem w publicznych oświadczeniach, a nawet jeśli rozłam, na pierwszy rzut oka, następuje w pokojowej atmosferze, to słuchacze sami budują teorie spiskowe i wymyślają tryliardy powodów, dla których raper odszedł z danej wytwórni. Pożegnania obrastają w legendy o wydawcy złodzieju i wykorzystanym artyście. Najczęściej chodzi przecież o pieniądze i promocję, a nie sprzeczkę o sposób rapowania. Chyba nie bez przyczyny wydawnictwa nazywane są „stajniami”, a pod nieszablonową zwrotką słuchacze zawsze napiszą: „ale koń”. Wyścig trwa, a hip-hopowa publika jest w niego zaangażowana czasem bardziej niż koń, jeździec i stajnia razem wzięci.

Dodatkowo część fanów rapu nieustannie upatruje w “przynależności” rapera do katalogu danego wydawcy tego, że ów raper utożsamia się z aurą i ideologią tworzoną przez innych raperów wydających płyty w tej samej wytwórni bądź przez samą wytwórnię. Innymi słowy, przekaz piosenek rapera wcale nie musi być spójny z wizerunkiem wytwórni, żeby słuchacz i tak interpretował je przez pryzmat wizerunku wytwórni. Choć rzeczywiście często zdarza się tak, że artyści z tej samej “stajni”, mają zbliżone poglądy, bądź tworzą muzykę w podobnym klimacie i nastroju, to jednak szufladkowanie raperów po “wydawcy” bywa bardzo krzywdzące. Zmiana wydawnictwa spotyka się z falą ekscytacji, która na brzeg wyrzuca niestety także niedobitków, w postaci zawiedzionych fanatyków ex-wydawcy i zagorzałych przeciwników przyszłego wydawcy. Brzeg z tego śmietnika uprzątnąć musi raper, a nic tak nie oczyszcza atmosfery jak dobra muzyka. No właśnie, dobra? Niekoniecznie… bo skoro nie wydał płyty w mojej ulubionej wytwórni, to już przestał robić dobrą muzykę, zmienił styl bo teraz wydaje w innej wytwórni. Do prawdy? Czasem mam wrażenie, że słuchacze myślą, że wytwórnia ma rzeczywiście jakikolwiek wpływ na twórczość artysty. Słuchacze myślą, że wydawca (przy okazji – w rapowych wytwórniach – często raper), może mówić artyście, co ma nagrywać, z kim ma nagrywać… może wybiera mu muzykę? Nic z tych rzeczy. Nie spotkałam się nigdy z taką praktyką. Więc po co raperowi wydawca i jakie to ma znaczenie, gdzie raper wyda swój album? Chyba czas wyjawić nieświadomym słuchaczom kilka sekretów.

WdoWA, gdzie wydasz płytę?


Słuchacze prześcigają się w zapytaniach o mojego nowego wydawcę i plany muzyczne. Bywają bardzo zdziwieni, gdy odpowiadam im, że chwilowo nie planuję wiązać się z żadnym wydawnictwem. Pytają - ale jak to? Sama będziesz wydawać swoje płyty? Odpowiadam - absolutnie nie, to byłby pewnie mały koszmarek.

Dopóty jednak takiej płyty na horyzoncie nie ma, nie zamierzam składać nikomu żadnych deklaracji ani przysłowiowej „kabzy” nikomu nabijać. Bo co mi z tego, że ogłoszę, iż związałam się z jakąś wytwórnia? Fanów mi nagle nie przybędzie. Ktoś kto nie cierpi mojej twórczości nie pokocha mnie tylko dlatego, że mój nowy wydawca wydał kilka płyt innych artystów. No oczywiście może się tak zdarzyć, ale ludzie głupi nie są i nie posmakuje im ciastko tylko dlatego, ze było bez opakowania a teraz ma napis “Wedel”. Tak czy siak - płyty nie sprzedam bo przecież jej nie ma, wiec co mi z tego parafialnego ogłoszenia? Nic, dokładnie, kompletnie, nic.

Zaś co wydawcy z tego, że ja ogłoszę wszem i wobec, ze mój wydawca jest super-hiper ziomkiem? A no może sprzeda moim fanom choć koszuleczkę albo inny prowiant. Może wpadną na imprezkę żeby się ze mną zobaczyć? Oczywiście powyższe nie dotyczy „Cześka”, który przygodę z rapem dopiero zaczyna i fanów, których przygarnięcie byłoby opłacalne, nie ma. Ja też, jeszcze 5 lat temu lat temu nie miałam tak wielu fanów, jak w chwili obecnej. Nagrałam w tym czasie dwie płyty, udzieliłam się gościnnie na tuzinach płyt innych artystów, brałam udział w wielu rapowych przedsięwzięciach, zrealizowałam i wrzuciłam do Internetu teledyski do utworów nie pochodzących z żadnej płyty i z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że zapracowałam na wsparcie, które obecnie otrzymuję.

Po co raperowi Wydawca?


Jedno się nie zmieniło - po co mi wydawca? A no po to, żeby zapłacił za tłocznię, drukarnie, studio, mix, mastering i klipy. To dla mnie takie oczywiste! Ewentualnie może wrzucić jakąś „prasową” informację na swoją stronę internetową albo rozesłać taką „prasową” informację o premierze płyty do listy dziesięciu portali muzycznych (przy okazji czy ktoś w dobie fanpage’ow odwiedza regularne witryny internetowe?). Wszystko jednak skupia się przede wszystkich na inwestycji. Dlaczego? Po pierwsze - nie mam obowiązku jako artysta mieć na to hajsu, po drugie - jako osoba której rap to hobby, nie mam na to zwyczajnie czasu. Jedyne, co mi sprawia przyjemność to pisanie i nagrywanie pi osenek (oraz ewentualne zarabianie na nich). Szukanie kontaktu do tłoczni nie jest szczytem moich marzeń, ale jak będzie trzeba, to roześlę zapytanie ofertowe do kilku firm i wybiorę najlepszą opcję. Tyle, że mi się nie chce. Jeśli mam to robić, to wolę zwyczajnie nie wydawać płyt. Okazuje się jednak, że wielu artystów orientuje się, że wydawanie płyt nie jest czarną magią, tak jak produkowanie ubrań (nota bene zaraz pokażę Wam moje premierowe produkty marki Mamacita) i sami zakładają swoje wydawnictwa. W końcu założenie działalności gospodarczej, czy spółki zoo w dzisiejszych czasach trwa 7 dni. Działalność zakładamy w jednym okienku, spółkę można już nawet przez Internet! Wiem to z doświadczenia, a nie z biuletynów Urzędu Dzielnicy. Zatem umówmy się, aura tworzona przez część wydawców, otoczka wielkiego poświęcenia i pretensje o wyraz wdzięczności, że wydali Twoją płytę, a Ty raperze nie musiałeś wypalać swojego CD na domowej wypalarce i robić sobie sesji promocyjnej „z rąsi”, są w dzisiejszych czasach po prostu śmieszne. Oczywiście we wszystko trzeba się wdrożyć. Ale czy firma produkująca długopisy musi się wdrożyć w warunki prowadzenia hipermarketu? No nie! Hipermarket bierze swoją prowizję za sprzedaż długopisów i jak ten hipermarket ich nie chce sprzedać to łachy nie robi, sprzeda je inny hipermarket. Wdrożenie się w zasady funkcjonowania wytwórni muzycznej nie wymaga szóstki z chemii i fizyki. Myślę, że wystarczą tróje ze wszystkich przedmiotów (zwłaszcza, że nawet na stronie drukarni i tłoczni zawsze prezentowane są specyfikacje).

Ale po co mam się tym zajmować, skoro nie mam doświadczenia, nie mam upustów z powodu stałej współpracy i nie mam na to czasu? Właśnie po to mi wydawca. Wydawca zaś nie jest instytucją charytatywną, bo przecież musi czymś wykarmić dzieci. Nie robi nic za darmo i ani z miłości do mnie, ani z miłości do muzyki, tylko i wyłącznie z miłości do perspektywicznego rozwoju, prestiżu, doświadczenia i pieniążków! Więc chyba układ jest fair? Oczywiście nie wykluczam tego, że przy okazji wydawca mnie lubi a muzykę kocha – to powinno być poza dyskusją oraz tego, że inwestowanie wiąże się z ryzykiem, ale skoro ktoś zakłada firmę, której celem jest zarabianie na muzyce , to musi się z tym przecież liczyć.

Jak to działa? Czyli w skrócie o wydawaniu płyt od kuchni.

Młodzi raperzy myślą, że złapali Boga za nogi, bo mogą za darmo nosić ubrania, które produkuje ich wydawca albo ich pseudonim zostanie umieszczony na plakacie. Są dumni, że ktoś ich docenił i w nich "wierzy". Pewnie błyszczą w towarzystwie rówieśników, jako spełnieni pasjonaci. Czują się dowartościowani, bo w tej samej wytwórni wyszły już płyty ich idola albo dwóch. To oznacza dla nich tyle, że wydawca “gównem” się nie zajmuje, a skoro ich płyty też chce wydać, to widzi w nich „skille” [umiejętności] nie gorsze niż u innych swoich artystów. Często-gęsto widzi w nich niestety tylko podniecone, nieświadome nośniki ubrań i ulicznej promocji. Jeśli chodzi o perspektywę zarobku obu stron na wybitnych dziełach tworzonych przez młodego artystę, to w dużym skrócie układy są trzy.

Nieświadomym opowiem o trzech popularnych modelach rozliczeń z artystą.

A. Budżet “zwrotny”.

Pierwszy model zakłada, że wydawca dysponuje budżetem, który inwestuje w klipy, okładkę, tłocznię, produkcję (mix, master, studio, muzyka, goście), a pieniędzmi ze sprzedaży płyt dzieli się z artystą dopiero, gdy zwróci się ten budżet [tzw. budżet zwrotny].

Przykładowo - koszt produkcji i promocji płyty - 25.000 PLN. Zakładając, że płyta na czysto przynosi wydawcy ok 10 PLN (choć w Empiku kosztuje 30 PLN) to wydawca musi sprzedać 2500 płyt, żeby zwrócił mu się budżet. Może to trwać miesiąc, a może to trwać 2 -3 lata (większość przypadków) i przez te 2-3 lata artysta nie widzi ze swojej płyty złamanego grosza. Gdy sprzeda się 2501 płyt zaczyna się szaleństwo! Zyskiem z kolejnych płyt zaczynamy się dzielić! Proporcje to kwestia umowna. Może to być 30/70 dla artysty albo 50/50.

Na potrzeby tego felietonu zakładam rozwiązanie najkorzystniejsze, które nie funkcjonuje w rzeczywistości(!)- niech będzie 90% dla artysty. Dlaczego nie funkcjonuje? Bo jaki wydawca zainwestowałby 25.000 PLN, czekał na sukcesywny zwrot tej kwoty 2 lata, a potem zgodził się na zarabianie tylko 1 PLN na każdym nośniku? Odpowiem – wydawca widmo lub wydawca miliarder, hobbysta. Ale przyjmę utopijnie, że tak właśnie to działa, a i tak zobaczycie, że nawet przy tym najkorzystniejszym planie artysta ma naprawdę pod górkę. To oznacza bowiem, że po 2 latach od premiery płyty, artysta zacznie zarabiać 9 PLN za każdą sprzedaną płytę. Wiadomo zaś, że po 2 latach płyta nie sprzedaje się już tak, jak po premierze a wydawcy nie zależy już tak bardzo na promocji, bo nie będzie już inwestował w coś, co może się już zwróciło, ale wszyscy to znają i gdyby mieli kupić to kupli by wcześniej. Dla uproszczenia przyjmę, że w pierwszym roku po upływie 2 lat od premiery (i sprzedaży 2,500 płyt), artysta sprzeda kolejnych 1000 płyt. Czyli na koniec trzeciego roku po premierze zarobi 9000 PLN, a wydawca 1000 PLN. Trzy lata raper czekał zatem na 9000 PLN - to tak jakby miesięcznie od 3 lat dostawał 250 PLN. Kokosy. Pamiętajcie, jeszcze raz podkreślam, że układ 90% dla artysty, a 10% dla wydawcy nie funkcjonuje! Zazwyczaj jest to 50/50 albo 60% dla artysty. Więc po 3 latach nie zarobi 9000 PLN tylko 5000 PLN. To nawet nie kokosy. To dżungla, a przynajmniej zwierzyniec.

Specjalnie nie obarczam za ten fakt winą ani wydawc, ani artysty, ani słuchacza. Czasem album jest świetny, a siada promocja i odwrotnie - czasem promocja cudowna, a album marny. Zawsze jednak w mianowniku mamy młodego słuchacza rapu, któremu po prostu nadal żal 30 złotych na CD, gdy mp3 może pobrać za darmo z sieci.

B. Budżet “bezzwrotny”.


Drugi model rozliczeń z artystą zakłada budżet bezzwrotny. Taki model proponują zazwyczaj tzw. majorsy, czyli duże wytwórnie, nieukierunkowane na dany gatunek muzyczny. Wykładają 50.000 PLN i hulaj dusza! Rób klipy, kupuj billboardy! Do tego artysta zarabia od PIERWSZEJ sprzedanej płyty!!!! Ale… zaraz… zaraz.... Tak za darmo? Nie! Absolutnie NIE!

Jest jeden, dość istotny haczyk. Otóż podział procentowy zysków ze sprzedaży płyt wydaje się dość mocno krzywdzący dla artysty! Nie ma nic za darmo, więc majorsy dają Ci bezzwrotny budżet, ale za to dostajesz np. tylko 10% ze sprzedaży pierwszej i następnych płyt! (Choć czasem umowy zakładają, że im więcej sprzedasz płyt, tym większy procent na Ciebie czeka).

Na pierwszy rzut oka - dramat. Przyjmując w uproszczeniu, że zysk, po odliczeniu dystrybutorów, Empików (bo przecież sklep muzyczny nie trzyma za darmo płyty na półkach!) itd. to 10 PLN, artysta w majorsie dostanie ze sprzedaży pierwszej płyty jedynie 1 PLN, a wydawca aż 9 PLN!

Stosuje duże uproszczenia ale sami to przemyślcie.

Wydając płytę w „domowej” - rapowej wytworni zarobisz np. 5000 PLN po trzech latach od premiery (zakładając, że po 2 latach sprzeda się kolejne 1000 płyt, zwrócił się budżet wydawcy, a Twoja umowa z wydawcą zakłada podział 50/50). Jednak te dodatkowe 1000 płyt, po 2 latach od premiery, nie sprzeda się na pniu. Będziesz na to czekać następny rok albo 2 lata! Nie wierzysz? Zastanów się czemu najpopularniejsi raperzy w Polsce często osiągają status złotej płyty (15.000 sprzedanych) po np. roku od premiery? Co ma powiedzieć artysta średnio-popularny, który w 5 lat sprzeda 3 lub 4 tysiące płyt? Po 2 latach od premiery zarobi średnio 1000 PLN (tutaj może paść argument, że przecież będzie grał koncerty – ale odbijam piłeczkę – mówimy o realiach wydawania płyt i zarabianiu na płytach, a nie o innych źródłach zarobku. Raper gra koncerty, wydawca robi ubrania – każdy musi na czymś zarabiać, bo przecież niestety nie na sprzedaży płyt)

Wydając płytę w majorsie i sprzedając przez pierwsze 2 lata, tak jak w wytworni „domowej”, 2500 płyt po 2 latach będziesz miał 2500 PLN (bo zarabiasz 1 PLN od pierwszej sprzedanej płyty).

Wniosek jest oczywisty, jeśli chodzi o korzyści finansowe – wychodzi mniej więcej podobnie, tyle że przy budżecie zwrotnym – masz swoje pieniądze za 3 lata, a przy budżecie bezzwrotnym – sukcesywnie – ale od razu. I choćby to było 250 PLN miesięcznie – opłacisz sobie za to przynajmniej telefon. Niestety, drogi artysto, wbij sobie do głowy, że tworzysz z zajawki, więc nagrywaj i czekaj cierpliwie. Wydawca jest sponsorem Twojej zajawki, który daje Ci tylko non stop miłość, wsparcie a przede wszystkim życiową szansę, więc bądź lojalny i uprzejmie się zamknij.

C. Zaliczka na poczet sprzedaży.

Część wydawców wychodzi naprzeciw artystom i na poczet zysków, które raper miałby otrzymać za 2 lata, już w dniu premiery płyty wypłaca mu zaliczkę. Ten model zaczyna funkcjonować na rynku coraz częściej. Bywa i tak, że raper dostaje po prostu wypłatę za nagranie płyty, a w umowie widnieje zapis, że nie należy mu się już ani grosz więcej, chyba, że np. sprzeda ponad 10.000 – 15.000 sztuk albumu. Dobre i to! Raper wtedy się nie martwi, może sprzedaż nawet 3 sztuki, a wypłata jest w kieszeni. Zapachniało powiedzeniem z PRL’u, nie?

Pieniądze to nie wszystko, ale wszystko bez pieniędzy to…. Czyli kluczowe kwestie.

Myślicie, że coś się zmieniło jeśli chodzi o ziomalskie przysługi na podwórku rapowym? Dziś jestem wydawcą a mój kolega, z którym 10 lat temu piłem piwo pod blokiem, jest grafikiem w znanej agencji reklamowej. Jesteśmy nadal ziomkami, wiec WYMAGAM od niego żeby zrobił plakat, okładkę płyty albo projekt ubrania za 250 PLN + koszulkę. Artysta zarobi na tym więcej, bo zagra koncert, ale Ty rób za 250 PLN, bo jak nas nie wspierasz to nie masz w sobie „zajaweczki, zajawuni, zajawusi” na muzykę! Przypadkiem tylko się nie martw, bo artysta nie może od Ciebie niczego wymagać. Jesteś ziomkiem i robisz to wszystko za koszulkę, wiec artysta ma się tym zadowolić i basta. Przecież artyście także powinno zależeć, żeby zwrotny budżet był jak najniższy, bo im niższy, tym szybciej się zwróci i szybciej wszyscy zarobimy na czysto parę złotych. Na dodatek niech artysta będzie wdzięczny i nie próbuje się krzywić, bo wszyscy pracują dla niego za darmo albo pól darmo! Z „zajawki, zajaweczki, zajawuni”!

Montaż za półdarmo, okładka za koszulkę, stylista za piwo. Tylko niezależne podmioty tworzą konieczność płacenia rynkowych cen - tłocznia, drukarnia, dystrybutor. Te podmioty mają gdzieś pokusę aury bycia „ziomeczkiem”, one chcą po prostu zapłaty za wykonaną pracę! Reszta biega z aparatem za stówę albo z kamerą za 5 stów - w imię przyjaźni.

Tym samym mamy budżet płyty, gdzie produkcja to 70% kosztów (master, tłocznia, drukarnia) a promocja i elementy poboczne to 30% (okładka, klip). Hej! Nie zapominajmy o sponsorach! Często ekipa produkująca klip opłacana jest z forsy, którą dał sponsor, a nie wydawca! 5.000 PLN? 10.000 PLN - od internetowego skateshop'u? - proszę. A Ty artysto dziękuj za to, że Ci to załatwiliśmy - bez zespołu specjalistów od PR i kreatorów wizerunku. Sam przecież nie znalazłbyś kolegów z kamerami, którzy zrobiliby Ci klip za kasę od sponsora, nie?

Oczywiście nie mówię, że tak jest wszędzie i zawsze. Zdarzają się wydawnictwa, które szanują czas i pieniądze innych, a biznes artysty, tak jak swój własny. Płacą solidne pieniądze za promocje i oczekują solidnych efektów, w postaci choćby wyświetleń na youtube, z których pół banki to nawet ok. 2 tysiące złotych. Chyba nie łudzicie się, że miliony wyświetleń są zasługą fantastycznych piosenek? Fajny klip i piosenka to 50% sukcesu. Promocja, kontrowersja to drugie 50%. Za promocje trzeba płacić, jak za sponsorowane posty na facebook’u, co niestety niektóre wytwornie odkrywają dopiero przy ósmej wydawanej płycie. By the way - żebyście nie myśleli, że pieniądze z youtuba lecą wprost do kieszeni artysty. Nimi także podzielimy się, w zależności od układu albo nie podzielimy się wcale – całość weźmie wydawca, bo w końcu był tak łaskawy i przy pomocy kolegów i pieniędzy od sponsora, nakręcił Ci artysto "ZA DARMO" klip ;)

Majorsy dają Ci budżet i ludzi. Masz 50.000 PLN. Znajdź kogoś, kto zrobi Ci okładkę, wymyśl sesje promocyjną. Majors to zorganizuje i zapłaci. Często budżety na klipy są osobnymi od tych budżetów przeznaczonych na promocję. I nie musisz nikogo całować po dupie za to, że robi Ci klip albo zdjęcia. Pełna profeska. Wiesz, że fotograf dostał 3.000 PLN, a nie koszulkę, wiec ma mieć dla Ciebie cały dzień i znosić Twoje fochy, a Ty nie musisz się kajać i przebierać w kiblu na stacji benzynowej żeby mieć inny strój na kolejnym zdjęciu. Grafik dostał za okładkę 3000 PLN, wiec nie masz problemu z tym żeby odsyłać mu projekt z uwagami. Nie przymykasz oka na „niedoróbki” i nie porzucasz swojej wizji, marzenia, tylko dlatego, ze ktoś utalentowany narysował Ci okładkę za piwo i koszulkę. Europa Panie, Europa!.

Podsumowanie zostawiam Waszym mądrym głowom, które pewnie o wielu faktach nie wiedziały, wiele podejrzewały, a wiele wyobrażały sobie sielankowo. Mam nadzieje, że sprawę przemyślą za równo słuchacze jak i artyści poszukujący wydawnictwa, bo na wydawców raczej bym nie liczyła. Ciąg dalszy nastąpi.

A na koniec cytat uzasadniony jak nigdy – KUPUJCIE POLSKIE RAP PŁYTY ;)
ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
Muzyka
Skomentuj